Zdzisław Krzyszkowiak trafił na dwór królowej sportu dzięki przypadkowi. Nic w tym szczególnego. Wiele przyszłych sław rozpoczynało przecież w podobny sposób karierę sportową. Tylko że on trafił już na samym starcie na przeszkody, zdawałoby się, nie do pokonania.
Mały Zdzisio stale niedomagał. Groźne choroby jakby upatrzyły sobie ten wątły, dopiero budzący się do życia organizm i rozpanoszyły się w nim bez litości. Oparł się tej nawale, ale naukę chodzenia musiał w swym dzieciństwie rozpoczynać dwukrotnie. Gdy podrósł, był tak przeraźliwie chudy i wymi-zerowany, że jak ognia unikał rywalizacji z rówieśnikami,, którym los oszczędził wszystkich tych doznań. Jego marzenia, sięgały dalekich krajów, które znał tylko z mapy i lekcji geografii. Widział siebie przemierzającego afrykańskie pustynie, przedzierającego się przez puszcze nad Amazonką lub „wdrapującego się" na wysokie szczyty Karakorum czy Himalajów. Jednak początkowo jego wojaże kończyły się najdalej w Olsztynie. Z Ostródy, dokąd rodzina Krzyszkowiaków przeniosła się po wojnie, do stolicy województwa nie było daleko. Wszystkiego 40 kilometrów. | |
|