W 1948 roku wystąpiłem w meczu przeciwko Czechosłowacji. Może się to wydać dziwne, ale właśnie do niegO' najczęściej wracam wspomnieniami, choć przecież grywałem w ważniejszych spotkaniach. Nasi południowi sąsiedzi reprezentowali wówczas najwyższą, europejską klasę. W jedenastce, która przybyła do Warszawy, znajdowali się tak znakomici piłkarze, jak Bićan, Kołsky, Kocourek i Kubala, który później wyemigrował do „Realu" Madryt. A jednak 18 kwietnia wygraliśmy w pięknym stylu 3:1. Oprawa meczu była naprawdę imponująca, a nastrój wśród 40-tysięcznej widowni na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie niezmiernie uroczysty. Wspaniała atmosfera trybun udzieliła się i nam również. Graliśmy od pierwszej chwili z ogromną ambicją i,wolą walki., Nie zapomnę eksplozji radości w momencie strzelenia perwszej bramki w 7 minucie spotkania. Po faulu na Cebuli Gajdzik egzekwował wolnego prosto na moją nogę. Odległość od bramki była dość spora, strzeliłem ostro w prawy róg. Piłka wpadła do siatki. W osiem minut później znów znalazłem się w doskonałej sytuacji, ale trafiłem w słupek. Asekurował mnie jednak skutecznie Miecio Gracz, który dopadł odbitą piłkę i nie dał szans bramkarzowi. Prowadziliśmy 2:0. Takiego obrotu sprawy nikt się chyba nie spodziewał. Potem w czerwcu nastąpił wprawdzie „duński pogrom", ale chociaż popsuł humory kibiców, wartości tamtego sukcesu w moim przekonaniu nie osłabił. | |
|