Pogoda w tym dniu była fatalna. Chyba wszystkie moce niebieskie sprzysięgły się przeciw dwunastce biegaczy. Na' głowy lały się im strumienie wody, pod nogami chlupotało błoto, w twarze dął silny, przenikający do szpiku kości wiatr, a w powietrzu unosiły się kłęby dymu od o^nia, którym starano się osuszyć, choćby tylko trochę, żużlową nawierzchnię bieżni. Dwa wewnętrzne tory tonęły pod WJSdą. Zadecydowano, że biec się będzie po trzecim. Węże gumowe spełniały rolę krawężnika.
Ponad pół godziny trwały przygotowania, zanim wreszcie starter mógł wypuścić rywali na trasę. Świetlny zegar nad królewskim stadionem wskazywał godzinę 18.42. W niespełna 14 minut później było już po wszystkim. Ale te 14 minut mocno utkwiło w pamięci moknących na deszczu widzów. To co pokazała polska para było ewenementem w swym rodzaju wyjątkowym. Cały czas Polacy dyktowali przebieg wydarzeń ma bieżni, a Ostatni kilometr biegli, brnąc przez kałuże i ba-
jora, ochlapani nierniłosiernie od stóp do głowy, we dwójkę, przez nikogo nie niepokojeni. A ludzie stojąc bili brawo bez przerwy i krzyczeli z zachwytu. Tylko „ci dwaj wspaniali polscy długodystansowcy" - jak pisała o nich światowa prasa - dali sobie radę w tych potwornych warunkach z 14-mi-nutową barierą.
Stanął na piedestale. Jego klasę uznał cały świat. Ogłoszono go najlepszym długodystansowcem naszego globu. A słynny Gundar Haegg, żywa legenda szwedzkiej lekkoatletyki, zawyrokował z pełnym, przekonaniem: „Jeżeli utrzyma taką formę do rzymskiej olimpiady, nikt nie zdoła odebrać mu złotego medalu". | |
|