„On :- zanotował wtedy kapitan „Poloneza" w swoim dzienniku - który towarzyszył mi w każdym dniu i którego śladem żegluję, który wytyczył żeglarzom nowe szlaki i dał przykład wielkiego sportowego ducha, już więcej nie wyruszy w rejs. W takim momencie wszystkie cyklony świata wydają mi się niepoważne. Jest tylko ogromny żal"...
14 października 1972 roku koledzy z zespołu redakcyjnego „Trybuny Ludu" otrzymali depeszę: „Po 67 dniach żeglugi i pokonaniu 8,8 tysiąca mil morskich, osiągnąłem Kapsztad. Od jutra przegląd „Poloneza". Musi być dzielny przed następnym etapem rejsu".
To było kolejne zwycięstwo. „Polonez" spisał się nad podziw dobrze, choć ponad dwa tygodnie trwało usuwanie usterek i przygotowanie do następnego wyjścia w morze. Tym razem na Ocean Indyjski, jego południowe wody, nazywane w żeglarskiej gwarze „ryczącymi czterdziestkami". Na wschód, w kierunku Australii.
Wypłynął w niedzielę 29 października, zamierzając osiągnąć stolicę Tasmanii - Hobart po dwóch miesiącach żeglugi na trasie, uważanej za najszybszą na świecie, ale jednocześnie za najniebezpieczniejszą. Gdy wyruszał w najpiękniejszą dla siebie wyprawę liczył, że właśnie na tym szlaku, głośnym, rozjuszonym oceanie, żywiołem wywołującym niesamowite wrażenia akustyczne, wiecznie niebezpiecznym dla żeglarzy, może mieć najwięcej kłopotów. Początkowo nic nie zapowiadało dramatycznych wydarzeń. Pierwsze tygodnie żeglugi na Oceanie Indyjskim nie przyniosły od niego sensacyjnych, mrożących krew w żyłach meldunków. Radio-Gdyńia łączyło się niemal codziennie z „Polonezem", przynosząc informacje o aktualnej pozycji i dobrym samopoczuciu polskiego żeglarza. | |
|