Debiut jest zawsze trudny, cóż dopiero w tak piekielnie ciężkiej imprezie, jak mistrzostwa Europy, w której trzeba wykazać nie tylko wysokie umiejętności, ale i nieprzeciętny hart. Pietrzykowski, chociaż z natury spokojny i opanowany, ,umiejący z zimną krwią wykorzystać każdą słabość rywala, przed walką zawsze ogromnie się denerwował. Ale wtedy najbardziej. W noc poprzedzającą pojedynek z Jugosłowianinem Pavlicem prawie nie zmrużył oka, a nerwowy nastrój udzielił się nawet Stammowi. Trener czuł się za niego odpowiedzialny, bo przecież to on przeforsował jego kandydaturę, wbrew, opinii większości.
Pietrzykowski tą walką nie olśnił warszawskiej widowni. Spalił się nerwowo i w pierwszej rundzie niczego nie pokazał. Był wolny, przyjął zbyt dużo ciężkich uderzeń Pavlica. Sam od czasu do czasu kontrował, lecz nie były to akcje, jakimi przedtem zachwycał znawców na sparringach. Sekundujący mu Stamm nerwowo udzielał w narożniku rad podczas 60-sekundowej przerwy. Wszystko na nic. I wreszcie nadchodzi kulminacyjny moment. W ostatnim starciu Jugosłowianin robi już wrażenie zupełnie pewnego swego. Prze nieustannie do przodu, chce efektownie zakończyć walkę. Zbiera wszystkie siły, wypuszcza lewy sierpowy i... natychmiast zostaje skontrowany. Pada na matę. Wstaje, ale losy pojedynku są już przesądzone. Po chwili sekundant Pavlica rzuca ręcznik. To znak poddania! | |
|